|
Fanfick- Laboratorium Padmana.
Zauważyliście, że w PB uniwersum właściwie nie istanieje żadna sfera Fanfiction? Jak wejdziecie na forumy House'a albo Losta, to opka fanowskie mają wydzielone sekcje i codzień przybywa ich po pięć co najmniej. A u Scofieldów zawsze cisza była. Albo ja po prostu nie trafiłem na żadne. No, ale do adremu; wietrzyłem sobie dysk ostatnio i wygrzebałem fanficka, którego pisałem na innym forum, kiedy akurat 3 sezon się zaczynał. Taka pierdołka infantylna, ale co się ma kurzyć. Natrzaskałem tego tekstu nieprzyzwoicie dużo, więc zapodam na razie w odcinkach. o ile ktokolwiek będzie chciał to czytać. Akcja startuje w ostatnim odcinku 2 serii PB i toczy się równolegle i alternatywnie wobec 3 sezonu :]
Odcinek 1
"Squealer"
LONG ISLAND
6/11/05
11:23 pm.
- No dobra chłopaki, to co z tym robimy ?
Pytanie obiegło salę konferencyjną i zawisło gdzieś w próżni, nie znalazłszy odpowiedzi w niejednoznacznych szemraniach gości i bywalców tajnej bazy wojskowej na Long Island.
- Co robimy ? – powtórzył z rosnąca dezaprobatą Dick Oakenfield, zwany w środowisku, ze złośliwą sympatią „Ojcem prowadzącym”.
- To niedorzeczne. – wysłowił się któryś z anonimowych czarnych garniturów. – Przyssaliśmy się do funduszu zbrojeniowego administracji Reynolds, jak do cycka, wyciągnęliśmy z kieszeni podatników pięć miliardów i wtopiliśmy je w samą aparaturę „antypodsłuchową”. Łysol boi się Rusków na linii, a za te pieniądze moglibyśmy kupić pół ich kraju i tam urządzać sobie konferencje przeglądowe...
- Są powody.. – przerwał mu Ojciec prowadzący. – Istnieją powody, które implikują pewne, być może niezrozumiałe dla was, procedury obowiązujące u pana Generała. Jedna z zasad jest taka, że wszelki kontakt o charakterze bilateralnym z panem Generałem, wyklucza użycie środków werbalnych z jego strony. Dlatego pytam was, towarzysze, jak rozwiążemy problem popsutego rzutnika ? Bez niego pan Generał nie przystąpi do udziału w konferencji, a bez pana Generała konferencja nie ma sensu. Nie muszę dodawać, że problem jest na tyle nagły, iż zwłoka nie wchodzi w grę, i na tyle ważny, że ryzyko podsłuchu także musimy wykluczyć. Nasi technicy odmawiają pomocy przy tak prymitywnej technologii, więc liczę tu na was drodzy goście. Pomożecie ?!
Z pomocą przyszedł ostatecznie nieśmiały biznesmen z Japonii. Gdy przetłumaczono mu istotę palącego problemu, wyciągnął z teczki MOJO OTAKU. Najnowszy hit na rynku zabawek w Ojcowiźnie Pokemonów. Podręczny tłumacz z syntezatorem mowy potrafił wklepany weń tekst płynnie przeczytać w dowolnym języku, jak i wyświetlić go na dowolnej powierzchni, dzięki technice laserowej. Ojciec prowadzący, który podobnie jak Generał odczuwał pewną nieufność wobec zdobyczy techniki, zwłaszcza tej zagranicznej, niepewnie odebrał od Japończyka MOJO OTAKU. Po wykluczeniu zdolności urządzenia do łączności satelitarnej z innymi jednostkami, spojrzał z lekkim wstydem na swój lamerski rzutnik Spectrum. Inni członkowie konferencji zaliczyli błysk w oku i zanotowali w pamięci nazwę kolejnej technologii, które ich wywiady będą musiały przy najbliższej okazji ukraść Japończykom.
- Ekh... nie wiem na ile to wystarczy, ale pozwolę sobie w takim wypadku zaanonsować pana Generała. – oświadczył Ojciec prowadzący i zwrócił się do interkomu. – Panie Generale, możemy zaczynać.
Szef wielkiej, międzynarodowej konspiry, zwanej powszechnie Firmą, wszedł do ukrytej w podziemiach bazy sali konferencyjnej przez trzydrzwiową śluzę. Odwiesił biały kitel na wieszak, przetarł pobieżnie łysinę po obowiązkowym natrysku antyradiacyjnym i zasiadł u szczytu stołu. Rozejrzał się po sali i natychmiast sięgnął po podsunięte przez Oakenfielda japońskie urządzenie. Założywszy okulary przystąpił do poszukiwania na klawiaturce czterech liter, składających się na kluczowe słowo dzisiejszego spotkania na szczycie. Po chwili oczom zebranych objawiło się słowo Generała. Wymowne pytanie, którego prawdziwy sens znali tylko nieliczni.
„KAWE ?”
Goście rozejrzeli się po sobie. Istotnie catering nie był mocną stroną tajnych amerykańskich konferencji wojskowych.
- Poślijmy mniejszość etniczną – rzucił ze złośliwym uśmiechem jeden z VIP-ów, zasiadających najbliżej Generała.
Bill Kim, który do tej pory siedział samotnie w kącie stołu i patrzył na własne buty, zrobił się cały czerwony. Spojrzał w kierunku swojego szefa, pana i władcy. Ten z aprobatą skinął głową w jego stronę. Chińczyk i podjął się, jak zwykle powierzonej mu misji. Wiedział, że nie ma w firmie zbyt wielu przyjaciół.
- Dla mnie bez cukru, Kimmy ! – krzyknął jeden z agentów, a kilku jego kolegów parsknęło śmiechem.
- Tak się u nas w Ameryce rozwiązuje problem ludności napływowej. – biznesmen o teksańskim akcencie, znajdujący się dziś w dość bliskim otoczeniu Generała sztubacko szturchnął siedzącego obok polskiego kolegę.
Ryszard Krauze nie odpowiedział mu uśmiechem. Był w tym spisku nową twarzą i dość niepewnie czuł się w nowym środowisku. Poza tym w jego kraju dość poważnie zwykło się traktować zarówno problem emigracji jak i systemów korporacyjno – korupcyjnych. Wzdrygnął się na myśl o tym, co pomyśleliby bliźniacy gdyby zobaczyli go teraz przy tym stole. Znacznie większym niż ten, przy którym zwykli grywać w brydża.
Gdy tylko ostatnie drzwi zatrzasnęły się za Kimem, MOJO OTAKU, japońska zabawka za dziesięć tysięcy yen znalazła się, wbrew rozżalonemu okrzykowi japońskiego biznesmena, pod butem Generała. Szef wszystkich szefów włożył dużo siły w roztrzaskanie urządzenia, dowodząc solidności technologii wschodniej.
- Teraz, gdy wykluczyliśmy z naszego zebrania jednoosobową grupę ryzyka, możemy bezpiecznie porozmawiać o problemach bieżących. – Generał przemówił twardym, acz monotonnym głosem. – Przypomnę, że istotą naszego spotkania są trzy nierozwiązane wciąż, pilne kwestie. Pierwsza z nich to: Michael Scofield i Licoln Burrows, druga to więzień panamski i jego pacyficzny punkt X, trzecia zaś to właśnie wykluczony przez nas chwilowo z udziału w rozmowie donosiciel i podwójny agent. Bardzo wskazanym byłoby rozwiązanie wszystkich w trybie natychmiastowym, gdyż jak z uporem państwu powtarzam, ucieka nam czas. Byłbym też usatysfakcjonowany, gdyby udało nam się upiec te trzy pieczenie na jednym ogniu, jeśli państwo rozumieją co mam na myśli. Pamiętajcie także, że dobre rozwiązanie musimy znaleźć nim przyjdzie nasza kawa. Dla zachowania pozorów przed wrogiem. A zatem, panowie, słucham waszych propozycji...
Odcinek 2
„Agent K. vs. Agent S.
Different armies, but soldiers are the same.”
Agent Bill Kim chciał być zawsze rzetelnym agentem. Typowy służbista. Z tych, co to w gotowości mają telefon przy poduszce i pistolet po kołderką. Bill Kim wiedział, że ten zestaw cech, które z żelazną dyscypliną w sobie kształtował czyniły go człowiekiem wybitnym. Doskonale wiedział też, że jego godna postawa człowieka ciosanego z kamienia, dzień po dniu budującego swój wewnętrzny ‘ŻEN’ nie przydaje mu sympatii wśród ludzi marnej reputacji. A takimi niestety, z niewiadomych przyczyn, lubił otaczać się jego szef. Jego ulubiony szef. Trzeba bowiem zaznaczyć, że Bill Kim miał w życiu kilku szefów. Dla zachowania właściwego porządku lubił jednak ograniczać się tylko do dwóch szefów naraz. Agent K, wypaczony w ruinie i nędzy krajów totalitarnych, nie wierzył bowiem w komitywy, wspólnoty organiczne, odrzucał z gruntu wszelkie doktryny komunistyczne. Bill Kim uważał się za myśliciela, głęboko zakochanego w wszelkim liberalizmie. „Każdy sobie rzepkę skrobie” powtarzał każdego dnia, oddzielając służbę od lojalności. Zarówno ta wewnętrzna dyscyplina, jak i niezwykłe zdolności prześlizgiwania się w gąszczu zależności i układów międzynarodowych wykształciły się w Kimie już w dzieciństwie. Billy był synem chińskiego robotnika i prostytutki z Korei Północnej. Większą część swojej młodości spędził w kraju Kim Ir Sena. Uciekł z niego, gdy skazano go na 10 lat pracy w kamieniołomach za kradzież ziemniaka. Z racji tych doświadczeń Agent K uzbroił się w gruby pancerz oportunizmu, odporny na wszelkie lżenia i niegodziwości, płynące w jego kierunku. W głębi jednak, co wstydził się przyznać nawet sam przed sobą, rozdzierały go niezliczone kompleksy. Wszystkie te docinki, obelgi, traktowanie go w Środowisku jako chłopca na posyłki, spotykały się z chłodnym opanowaniem Kima na zewnątrz, wewnątrz jednak zbierały się jak ziarnka goryczy, by z czasem dać obfity plon. Największym z kompleksów Agenta K był fakt, że nigdy nie zaznał miłosnego ciepła. Ni to w sensie emocjonalnym, ni fizycznym. Ten drugi brak był jego konwencjonalnym koszmarem, tematem okrutnych żartów, w ustach wrogich mu elementów.
Agent K utrzymywał tedy, jak zawsze, że jego domeną jest wyłącznie zimne wyrachowanie. W rzeczywistości tłamsiły go żądze. Nieśmiały Bill, wobec odrzucenia ze strony kobiet odnalazł inny sposób rozładowywania podniet. Odnalazł go w przemocy. Ze względu na dość karłowatą posturę, nie ważył się jednak kanalizować „złej energii” na kolegach. Zazwyczaj w piątkowe wieczory zamawiał sobie dziwkę do penthouse'a i katował rzeczoną do nieprzytomności. Póki sobie nie ulżył. Ostatnio z rosnącym podnieceniem obracał w myślach wspomnienie sprzed kilku dni. Wspomnienie, które było ucieleśnieniem jego najbardziej chorych fantazji. On Bill Kim i Michael Scofield sam na sam. Ten drugi związany, bezsilny. Agent K z rozkoszował się wspomnieniem chwili kiedy jego pięści uderzały śliczną buźkę więźnia. Jakiż zawód go spotkał, gdy ta suka Reynolds, miast pozwolić mu go dobić, kazała wypuścić ptaszka...
Bill znowu czuł się pokonany. Przez kobietę. Bolało. Czuł się pokonany także i teraz, pchając wózek z kawą w stronę sali konferencyjnej.
„A może”... zaświtała mu głowie pewna myśl, którą natychmiast odrzucił. „To bez sensu. Nawet gdyby mnie przejrzeli, to nie pozbywaliby się mnie w tak banalny sposób. To irracjonalne... Jestem zbyt sprytny, by ktokolwiek przejrzał moje plany... No i pan Generał ufa mi bardziej niż komukolwiek...Missa wie.”
Agent K wszedł do sali konferencyjnej ze swoim firmowym, uroczym uśmieszkiem. Nie miał pojęcia, że teraz czeka go tylko gra pozorów. Nie wiedział, że nie czekają go prawdziwe rozmowy, lecz gotowe rozkazy. Nie wiedział, że za niecałe 48 godzin będzie leżał w Kanale Panamskim z dziurą w klatce piersiowej.
***
CHICAGO
6/12/05
10:56 am.
Elliot długo obracał w dłoniach swój telefon, zanim zdecydował się wybrać numer telefonu z którego dawno nie korzystał. Numer zapisany w jego książce adresowej jako „Agentka S.”.
- Halo – odezwał się w słuchawce zmęczony kobiecy głos.
- Elliot Pike. Dawno nie rozmawialiśmy, ale wierzę że Pani pamięta. Ostatnio kontaktowali się z panią moi współpracownicy...
- Tak...
- Czy możemy w tej chwili rozmawiać ?
- Tak.
- Moi współpracownicy poinformowali panią na temat wszystkich szczegółów zadania, wszystko będzie przygotowane, nasi ludzie odbiorą panią z lotniska w Panamie i wskażą właściwe miejsce... Naprawdę przykro mi, że musimy Panią zmuszać do tego, ale nie mamy wyboru.
- Chcę tylko zrobić swoje i zniknąć...
- Zapewniam Panią, że tak się stanie. Kiedy tylko zadanie zostanie wykonane umożliwimy Pani zniknięcie... Bracia już nigdy Pani nie odnajdą. Nawet nie będą próbować. Rozumiemy się?
- Tak.
- Już wkrótce będzie Pani mogła wrócić do swojej rodziny. Swojej córki...
- Tyle mi wystarczy..
- Cieszę się, że jesteśmy zgodni. Jedna rzecz, panno Tancredi... Proszę strzelić w głowę. Chcemy Kima martwego, a Scofielda żywego. Nie odwrotnie. Do zobaczenia w Panamie.
Sara wyłączyła telefon, tak jak tego wymagały przepisy lotnicze. Do niedawna wierzyła, że ludzie, z którymi w ostatnich dniach musiała dokonywać interesów życia, w dosłownym tego słowa znaczeniu, już dawno znikli z jej świata. Kiedyś jako córka gubernatora była ważną figurą, w salonowych spiskach, przekrętach, grandach i hustlach. Dostęp z pierwszej ręki do administracji stanowej w zamian za oddalenie zarzutów narkotykowych - nie ma sprawy. Wtedy tanio mogli ją sobie kupić, ale szczerze i głęboko wierzyła, że od czasu odwyku to już się więcej nie powtórzy. Myślała, że spiski, firmy, ludzie w garniturach definitywnie odeszli z jej życia. Powinna być mądrzejsza. Kiedy wmieszała się nieodpowiedzialnie w sprawę Burrowsa była jednak pewna, że to tylko kwestia czasu nim znów do niej przylegną. Żeby ją zabić, albo prosić o pomoc. Gdy pierwsza opcja się nie powiodła, przyszedł czas na drugą. I tej drugiej obawiała się bardziej. Brzydziła się tym, co musiała zrobić. Nie tylko przez wzgląd na oczywistą niechęć do zabijania, ale przede wszystkim ze względu na Michaela. Polubiła Scofielda, bardziej niż protokół nakazywał. Ale tym razem była mądrzejsza. Budyniowaty musiał pozostać zwykłym wieźniem. Jednym z setek, jakich znała. Teraz liczyło się tylko życie jej męża. Jej córki. Oraz życie dziecka, które miała urodzić.
Sara Tancredi wyszeptała cicho, w sobie tylko znanym języku „Przepraszam Michael” i wsiadła na pokład samolotu, odlatującego do Panamy.
http://srogibochen.blox.pl/html
Take my love, take my land,
Take me where I cannot stand
I don't care, I'm still free
You can't take the sky from me.
|