|
RE: Hung
Zanim zassałam to najnowsze dzieło stacji HBO, natknęłam się na kilka recek w necie i szczerze mówiąc wszystkim tym, którzy dopatrzyli się wielu podobieństw między "Hungiem" a "Californication" srsly współczuję. Właściwie to porównania w stylu "będzie to drugi/nowy House/Dexter/Californication"* działają na mnie zazwyczaj jak płachta na byka i z góry takie dzieło jeszcze nie obejrzane, chcąc nie chcąc, dostaje ode mnie punkty karne. W każdym bądź razie jedynym podobieństwem, którego narazie się dopatrzyłam, to pokazywanie głównych bohaterów w odważnych scenach erotycznych. A właściwie to nawet i TO panowie robią w zupełnie, ale to zupełnie różny sposób.
Hank, wesołkowaty arogancik cieszy się seksem jak małe dziecko na karuzeli, i z wrodzonym sobie wdziękiem uwodzi partnerkę od pierwszego wejrzenia do ostatniego tchnienia. Z kolei Ray Drecker, w tej roli dotąd bliżej mi nieznany Thomas Jane, to taki trochę zblazowany dupek z wielkim zwisającym ego między nogami (stąd tytuł serialu). I na tym jego seks atuty się kończą, gdyż w ars amandi to zbyt biegły on nie jest o czym możemy przekonać się bardziej w drugim odcinku.
Poza tym Ray Drecker wraz ze swoim monotonnym, usystematyzowanym na swój sposób życiem, wydaje się być nieco irytujący. I właściwie byłam pewna, że na Pilocie moja przygoda z "Hung" się zakończy, ale coś drgnęło w ostatnich dziesięciu minutach, które zdecydowały o moim oglądać czy nie oglądać ten serial dalej. Otóż pod sam koniec odcinka zawiązuje się między nim a Tanyą (Jane Adams) wielbicielką poezji i przy okazji kochanką z doskoku, niecodzienny układ biznesowy, który stanowi trzon dla całej fabuły serialu. Wiem, że wszyscy podniecają się tym, że gwiazduje tutaj Anne Heche, ale chyba trafiła jak kulą w płot, bo jak na moje oko, to pani Jane Adams załapała się na zdecydowanie ciekawszą rolę kobiecą. Poza tym po tych dwóch odcinkach mam wrażenie, że jej postać jest tu wpisana na siłę, a sceny z jej udziałem są nudne jak flaki z olejem.
*odpowiednie zakreśl
Renee icon by vague
|